Degustacja#7 – Bruichladdich Port Charlotte
Islay Barley 2008/2014 50% ABV
Wstęp
Z gorzelnią Bruichladdich miałem już przyjemność,
i to kilka razy. Żadna z próbowanych przez mnie whisky mnie nie rozczarowała. Co więcej, Bruichladdich oznacza solidność i bardzo dobrą jakość. Tym bardziej ucieszyłem się, że będę mógł podjąć się degustacji kolejnej whisky z tego zakładu.
Na tapetę tym razem wziąłem edycję Port Charlotte, wydestylowaną w 2008 tylko i wyłącznie z jęczmienia pochodzącego z Islay, a zabutelkowaną w 2014 roku. Oczywiście mocno torfowa (około 40 p.p.m.), nie barwiona i nie filtrowana, ze słuszną mocą 50% ABV. Mogłem więc spodziewać się czegoś naprawdę przyjemnego. Zanim jednak przystąpiłem do próbowania zasięgnąłem nieco historycznych informacji o samej edycji Port Charlotte. Tak już bowiem mam, że potrzebuję jakiegoś punktu zaczepienia, kontekstu, który pozwoli mi bardziej rozumieć finalny produkt czekający w kieliszku na podbój moich kubków smakowych. Uważam, że jest to tak samo ważne, jak sama degustacja. Dzięki temu mogę z szacunkiem podejść do produktu, który ktoś gdzieś dla mnie zrobił, tym bardziej, jeśli ten ktoś wkłada weń całe swe serce
i doświadczenie. A w przypadku Islay i jej autochtonów tak właśnie przecież jest.
Port Charlotte to hołd dla działającej niegdyś przez stulecie, a położonej zaledwie o 2 mile od Bruichladdich gorzelni. Gorzelnia ta początkowo nazywała się właśnie Port Charlotte and Rhinns (jest to też nazwa wioski, w której destylarnia stacjonowała), niedługo później przemianowano
ją na Lochindaal. Warto dodać, że zakład Bruichladdich powstał dopiero 52 lata później (Port Charlotte/Lochindaal w 1829 roku, Bruichladdich –
w 1881 roku). Gorzelnia Lochindaal położona była też na malowniczym terenie – na półwyspie Rhinns of Islay, gdzie czysta woda przepływa przez liczne torfowiska, a cały obszar ma strategiczne znaczenie przyrodnicze, w szczególności dla ptaków lęgowych i zimujących, w tym np. dla gęsi białoczelnej. Abstrahując jednak od tychże ciekawostek – Lochindaal, pomimo trudności i wielu zmian właścicielskich, przetrwał dokładnie 100 lat, co
przy ówczesnej ilości gorzelni wydaje się być znaczącym osiągnięciem.
Dawną świetność gorzelni chciał upamiętnić Bruichladdich, bezpośredni sąsiad, który do dziś korzysta z części ziem należących do Lochindaal (obecna Bruichladdich Port Charlotte dojrzewa w magazynach usytuowanych w dawnym miejscu składów celnych Lochindaal).
Tyle tytułem wstępu. Podwaliny są, historia chwyciła. Przejdźmy do clue programu.
Pierwsze wrażenie i pierwszy plan: słodycz, guma/nafta i cytrusy. Taki fundament.
Wejdźmy głębiej. Świeża, soczysta i kwaśna limonka, kwaśna lemoniada, dym z komina, toffi, karmel. Dalej – wilgotna skóra, trochę wanilii, sporo dębu, gruszka, kwaskowo-słodkie landryny, potem wchodzą subtelne nuty wędzonki, morskiej soli, gorzkawych grejpfruta i pomelo oraz miodu.
Czuć harmonijną przeplatankę między wodorostami, akcentami medycznymi i rafineryjnymi a słodkimi ciasteczkami zbożowymi i waniliowym masłem,
a wszystko przyprószone lekką mgiełką cynamonu, pieprzu i goździka. Następnie kilka bardzo przyjemnych nut – bananowe ciasto, tarta
z maliną i porzeczką, jagoda, biała czekolada.
Generalnie podstawa nosa to mocny, zdecydowany, intensywny torf i cytrusy. Struktura mocna, nie chwieje się, alkohol oczywiście wyczuwalny, ale
w ten pozytywny sposób, nie przeszkadza, za to stanowi solidną i potrzebną podporę. Na koniec wyczułem jeszcze orzechy nerkowca i kokos, co dopełniło i tak już porządnej całości.
Zaczyna się od gorzkich i kwaśnych cytrusów, potem dużo ciepłego torfu, na koniec trochę słodyczy. Alkohol szczypie język i pobudza podniebienie, owszem, ale tak w punkt. Jak na tak zdecydowaną whisky nie jest bardzo oleiście, raczej bardziej w stronę fajnej kremowości. Dodatkowo wyczuwalny karmel z morską solą, i dobrze, natomiast cytrusy
i torf na chwilę nawet nie dają o sobie zapomnieć. Balans świetny, struktura też. Jest dobrze.
Finisz jest długi, intensywny, z wyraźną przewagą kwasowości połączonej z mocnym torfem. Przyjemnie, bezkompromisowo, ciągłość nosa
i smaku zachowane.
Po raz kolejny jest naprawdę dobrze, naprawdę solidnie. Może nie jest to nie wiadomo jak wybujała i feeryczna whisky, ale nie to jest chyba jej celem. Ma zadowolić, niekoniecznie nie wiadomo jak uwznioślić. Jest kilka wyraźnie zaznaczonych nut, które w odpowiedni sposób współgrają ze sobą na każdym etapie degustacji. Od początku do końca whisky konsekwentna. Miłośnik torfu na pewno się nie zawiedzie, bo jest jak ma być. Za adekwatną cenę.
Aromat: 20
Smak: 20
Finisz: 22
Balans: 21
Razem: 83/100 pkt.