Degustacja#3 – Woodford Reserve Distiller’s Select Kentucky Straight Bourbon Whiskey 43,2% ABV
Wstęp
Gorzelnia Woodford jest zakładem zarządzanym bardzo nowocześnie, duży nacisk stawia się tu na ekologię oraz produkcję przy użyciu własnych zasobów (np. własne ujęcie wody naturalnie filtrowanej przez wapień).
Sam Woodford to w zasadzie świeżynka na rynku, bo pierwsze butelki pojawiły się w sprzedaży w 1996 roku. Korzenie gorzelni umiejscowionej w hrabstwie Woodford w Kentucky sięgają jednak roku 1812.
Woodford to marka bourbona klasy premium należąca do giganta alkoholowego Brown-Forman. W portfolio tej firmy znajdziemy takie samograje jak Jack Daniel’s, Finlandia, a także tequile Herradura i El Jimador oraz szkockie gorzelnie single malt whisky – Glendronach, Glenglassaugh i Benriach.
Oboje usilnie pracują nad coraz to ciekawszymi wersjami Woodford, zresztą Chris Morris był pierwszym człowiekiem, który stworzył bourbona finiszowanego w beczkach po winach ze szczepów Chardonnay i Pinot Noir oraz skorzystał z beczek z drewna klonowego, oczywiście własnego autorskiego pomysłu.
Bardzo długa fermentacja, destylacja w alembikach i kolumnach oraz używanie do maturacji własnych beczek sprawiają, że bourbon ten jest niezwykle gładki i przyjazny niemalże dla każdego finalnego odbiorcy. Wsparcie Brown-Forman, zarówno na poziomie logistycznym, jak i marketingowym oraz, co oczywista, finansowym, zapewniło marce niebywały sukces naprawdę w krótkim odstępie czasu.
Widać, że nie próżnowano w Woodford i stworzono tam naprawdę kawał dobrej whisky. Dodatkowym atutem dla gorzelni jest to, iż Master Distiller (Chris Morris, w Woodford od 1997 roku) od kilku lat (konkretnie od 2018 roku) posiada wsparcie w postaci asystentki (Elizabeth McCall, jedna z najmłodszych na świecie kobiet zajmujących się destylacją whisky).
I w zasadzie jestem w stanie przyjąć do wiadomości, iż w Woodford tym czymś ekstra są wersje limitowane, m. in. wspomniane wyżej finiszowane w beczkach po winach, czy specjalna edycja Master’s Collection.
Owszem, mierzi mnie nieco w dzisiejszych, jakże bujnych dla rynku whisky czasach, coraz większe znaczenie marketingu, a coraz mniejsze jakości konkretnego produktu. Rozumiem, że przy naprawdę ogromnej konkurencji należy czymś się wyróżniać, by nie przepaść w morzu „solidnych, acz nie do zapamiętania”.
Tak Bogiem a prawdą do tego typu produktów podchodzę niekiedy z pewną, nomen omen, rezerwą. Wszak to produkt mainstreamowy, przeznaczony dla szerokiej rzeszy konsumentów, wyprofilowany tak, by być jak najbardziej uniwersalny i przystępny. A przynajmniej tak rzecz ma się z wersją podstawową, którą jednakowoż postanowiłem przetestować. Bo dlaczego nie?
Zanim powąchałem zwróciłem uwagę na kolor – taki, hm, koniakowy, przydymiony brąz z akcentami przejrzałej pomarańczy; pomyślałem, że może to zwiastować całkiem ciekawy zestaw aromatów – nie pomyliłem się; dobrze wyważony, świeży, z wieloma współgrającymi elementami; znalazłem tu dużo waniliowych lodów, cytrynę ze skórką, gruszkę w karmelu, toffi, sporo piernika, białej czekolady i ciepłego cynamonu.
Następnie odkryłem kolejne interesujące składowe – a to jakiś mus jabłkowy, do tego słodziutkie morwę i nektarynkę, odrobinę białego pieprzu, świeżej skóry, dębu i morskiej soli; generalnie jest subtelnie, słodko i bardzo, bardzo przyjemnie.
Alkohol naprawdę nieźle ukryty, znów gruszka, krem waniliowy, skóra i dąb, troszkę pieprzu, cynamonu i lekko cierpka skórka czerwonego jabłka; nadal subtelnie, może nie tak wybujałe jak w nosie, ale też nie tak słodko; poprawnie, porządnie, bez fajerwerków.
Lekko, słodko, ciepło, finezyjnie; wyczuwalny syrop z gruszki, oczywiście wanilia, wiórki z czekolady mlecznej i gorzkiej, cynamon; długość średnia, rozgrzewający, znów poprawny, nie wybitny.
Wniosek po spróbowaniu tej whisky jest prosty – nie taki diabeł straszny. Na kolana nie powala, są lepsze bourbony, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że spodziewałem się większej nijakości. Tymczasem nos zaskoczył mnie naprawdę pozytywnie, sporo się dzieje, wiadomo, klasyczne nuty amerykańskich destylatów na pierwszym planie, ale pojawiają się akcenty zaskakujące niemal (morwa), w smaku ta cierpka jabłkowa skórka też zrobiła fajną robotę.
Tymczasem mamy bourbon świetnie zbalansowany, gładki, subtelny, ale i o dobrze zaznaczonej strukturze, nie uciekający z języka, wcale nie płaski, a jednak bardzo przystępny i, faktycznie, w zasadzie dla każdego.
Generalnie oczarowany nie jestem, ale widzę, że inne, droższe wersje Woodford mają potencjał na coś naprawdę nietuzinkowego i jak będzie mi dane którejś z nich spróbować to na pewno skwapliwie z okazji skorzystam. A i nie omieszkam podzielić się swoimi spostrzeżeniami w którymś z kolejnych wpisów.
A co do wódek smakowych – choć to temat na całkiem inny wpis – zgadzam się w całej rozciągłości, Woodford to zdecydowanie lepsza opcja. Przynajmniej dla mnie i moich niewygórowanych preferencji.
Ja specjalnym entuzjastą koktajli nigdy nie byłem, najczęściej spożywam whisky na czysto, Woodford Reserve Distiller’s Select także. I ze spokojnym sumieniem mogę polecić go wszystkim wielbicielom łagodnych klimatów, słodyczy, ciepła i dobrej jakości destylatów w normalnym, adekwatnym budżecie.
Gdzieś w jakimś artykule przeczytałem, że Woodford powstał jako swego rodzaju sprzeciw wobec mody na smakowe wódki, na eksperymenty, z drugiej strony zaś jako znakomity fundament, baza do tworzenia wysokiej jakości klasycznych, a nieco zapomnianych koktajli pojawiających się w takich produkcjach jak „Mad Men”, czy „Boardwalk Empire”.
Aromat: 21
Smak: 20
Finisz: 20
Balans: 22
Razem: 83/100 pkt.