Degustacja #25 – Spade & Bushel 14yo Sweet Marsala Finish Single Malt 45%
Wstęp
Druga, po 5-latce finiszowanej w beczkach po Amarone, whisky z gorzelni Connacht, której miałem możność skosztować.
Jako że wspomniana 5-latka wzbudziła we mnie apetyty na więcej destylatów z tejże destylarni, toteż
i moje oczekiwania proporcjonalnie wzrosły, nie powiem.
Tym bardziej, że tym razem destylat, który, przynajmniej w teorii, powinien być o niebo lepszy od młodszej poprzedniczki.
Oczywiście edycja limitowana,
i to do śmiesznie niskiej wartości 2100 butelek na świat w partii.
Dodatkowo mamy tu już sporo grubszy kaliber – otóż mierzyć się mam z 14-latką finiszowaną dodatkowo po słodkiej białej sycylijskiej wzmacnianej Marsali.
Oczywiście 3-krotna destylacja i całkiem słuszna moc 45% ABV
zwiastują dram delikatny, acz charakterny, no i ta Marsala powinna dodać finezji do spodziewanego animuszu.
Zatem – do sedna!
Jest świeżo, bardzo żywo, dość mocno alkoholowo (spirytus do odkażania – taki jak w gabinecie, gdzie krew pobierają).
Na pierwszym planie słodka wanilia (krem, lody, budyń), sporo gruszki, trochę jabłka, ptem cytryna,
limonka, morwa, mango, morela i kokos.
Dużo słodyczy nadają także akcenty toffi, karmelu, miodu, landrynek i bardzo wyrazista, naprawdę elegancka nuta masła.
Na szczęście spirytusowa nuta (która – nota bene tutaj nie przeszkadza zbytnio) po chwili niemalże znika, za to, poza lekkim cytrusowym akcentem, w nosie rządzić zaczyna niepodzielnie mocna słodycz.
Toteż znaleźć tu
można także praliny, biała i mleczną czekoladę oraz ciekawą składową w postaci schłodzonego, orzeźwiającego, oczywiście słodkiego shake’a waniliowo-truskawkowego.
Lekka cytrusowa kwasowość tylko w tle, za to dochodzi
niemal dusząca kwiatowa słodycz (kwiatowe perfumy?) oraz trzecioplanowe echa pieprzu, cynamonu, drewna i preparatu do drewna oraz maleńka szczypta soli
W smaku początkowo mocno zaskakuje, i to niestety in minus.
Najsampierw wyczuwalne mocne rozwodnienie wraz z takąż samą, nieco agresywną alkoholowością.
Jest zupełnie inaczej, niż w nosie, dominują kwaśne
cytryny i gorzki grapefruit.
Dopiero po chwili wchodzi nieco toffi, preparatu do drewna i czegoś chemicznego, nie dającego się do końca sklasyfikować i ubrać w bardziej konkretne ramy.
Oczywiście wszystko przyprószone solidną dawką wanilii.
Generalnie sporo spirytusu i dość płasko.
Całość zaakcentowana jeszcze poprzez masło waniliowe, landrynki, ananas i goździk. Balans trochę zachwiany
Na początku cytrusy, a więc kontynuujemy ścieżkę obraną na podniebieniu.
Dalej nieco słodyczy, krem waniliowy, masło, gruszka, miód i budyń. Pomimo to dość krótko i płasko.
Długość finiszu ratują pojawiające
się po czasie akcenty mlecznej czekolady, pralin, marcepanu, orzechów i masła orzechowego.
Mocno się drapię po głowie, bo nijak nie wiem co z tym fantem zrobić.
Tak się nachwaliłem poprzedniczkę, zresztą dużo młodszą, no i co teraz? Lekko nie będzie, o nie.
To whisky nie pozbawiona wad i dziur,
miejscami niekoniecznie konsekwentna.
Częstokroć obrany raz kierunek nijak się ma do dalszych przygód związanych z każdym etapem degustacji tej whisky.
Nos zwiastuje coś naprawdę świetnego, nawet spirytusowa nuta, nieco zbyt ciężka, nie obniża automatycznie
mojej skromnej oceny.
Bardzo ciekawa i, jak już się zdążyłem wyrazić, elegancka nuta masła robi naprawdę dużą robotę.
Na szczęście nie znika na zawsze i pojawia się na dalszych etapach degustacji, przede
wszystkim w finiszu.
Dodatkowy plus za akcent shake’a waniliowo-truskawkowego, to zawsze coś, co się rzadko spotyka w tego rodzaju trunkach.
Im dalej w las tym drzew jednak mniej. Na podniebieniu, w stosunku do nosa, jej jakość mocno spada, loty się obniżają.
Zaskakująco płasko, w finiszu już trochę mniej. Przy 45% ABV nie powinno być odczucia rozwodnienia,
ewentualnie w tej kwestii dopuszczalne może być co najwyżej lekkie, zwiewne tegoż wrażenie.
Finisz także wolno się rozkręca, z każdą chwilą jednak próbuje się chociaż bronić – w efekcie tragicznie nie jest.
Zaraz ktoś się przyczepi, że mam wygórowane oczekiwania, że od startującego dopiero co producenta wymagam Bóg wie ile, że ą i że ę, i w ogóle.
No trudno, liczę się z tym. Smaczka mi narobiła 5-latka po Amarone finiszowana,
nic nie poradzę.
Podsumowując – noś znakomicie zbudowany, mniej spirytusowej nuty i byłaby bajka. W smaku ogromna praca przed Connacht Distillery.
Niewiele mniejsza przy finiszu. Poszczególne elementy powinny być zdecydowanie lepiej
zaznaczone, a tak jest mało wyraziście.
Co prawda, i tu plusik, nic tu się nie gryzie, za to balans faluje, od słodyczy w nosie, przez alkoholowo-kwaśną dominantę na podniebieniu, po powrót do słodkich składowych w
finiszu.
Do poprawy sporo, tragedii nie ogłaszam. Gdyby była tańsza świetnie by do drinków i koktajli pasowała, a tak lepiej jednak saute, bo szkoda.
Koszmarów miał nie będę, coś tam zapamiętam. I bacznie
przyglądał się będę kolejnym poczynaniom. Jak to się czasem mówi – są momenty…
Aromat: 23,5
Smak: 19
Finisz: 20
Balans: 19
Razem: 81,5/100 pkt.