Degustacja #19 – Ballyhoo 4yo Port Cask Finish Blended Irish Whiskey 43%
Wstęp
Który to już raz mam przyjemność (?) spotykać na swej drodze whisky nową, świeżą, dopiero raczkującą na rynku. Wiele takich whisky przepada gdzieś w odmętach dalekiej (bądź nie) przeszłości.
Wielu rynek nie chce zaakceptować,
częstokroć bez wyraźnego powodu. Albo, i tu jednak najczęściej, przez wzgląd na jakość. A w zasadzie braki w tejże.
Connacht to całkiem nowa, zaledwie kilkuletnia irlandzka gorzelnia. Obecnie sporo na świecie powstaje
nowych zakładów produkujących whisky, i dobrze.
W przypadku Connacht istnieją przesłanki, że dłużej przetrwa w konsumenckiej świadomości.
Skąd takie założenie? Wydaje mi się, że za jej rozwój wzięli się nieprzypadkowi skądinąd ludzie, na ten przykład przewodniczący
Irish Whiskey Association.
A to już może zwiastować, że produkty z Connacht, dawnej piekarni (sic!), mogą za czas niedługi mieć całkiem niezłe wzięcie. O ile oczywiście już teraz nie mają (wszystko rozbija się o skalę).
To w końcu jak smakuje whiskey znad rzeki Moy? Ballyhoo swoją nazwę wzięło od okrzyku triumfu, czy ten triumf czuć będzie w kieliszku?
Nie wiem, na sucho, przed degustacją ta whiskey wydaje się być ciekawa.
Nie barwiona, stworzona w alembikach typu kanadyjskiego, finiszowana po porto, no i w 93% z destylatu z francuskiej kukurydzy.
Irlandzka wariacja na temat Bourbona? Czemu nie, szanowni Państwo, czemu nie…
Początek dość intensywny, kwaskowe cytrusy, toffi, mleczna czekolada, karmel, dużo wanilii. Do tego gruszka, słodkie czerwone jabłko (ocukrzone), potem kolejne owoce – nektarynki, brzoskwinie.
Wyczuć też można odrobine
miodu, ananasa, poza tym lekko pikantny pieprz i cynamon. Jak na taką „młodzież” alkohol ukryty bardzo dobrze.
Jedyny zarzut, który mógłbym mieć to to, że aromat „ulatnia się” z każdą chwilą, staje się jakby mniej wyrazisty, jakby zaczął tracić impet, a co za tym idzie i strukturę.
Finisz po porto mało wyraźny, fakt, wyczuwalne
czerwone owoce (winogrona, wiśnie z pestką), spotkałem tu także nieco morwy.
Po dłuższej chwili whiskey ta staje się słodko-pikantna, a cytrusy chowają się w cień. Dochodzi fajny aromat sernika na zimno i pancake’ów
z syropem klonowym.
Generalnie nie jest źle, choć momentami nierówno
W opozycji do nosa na początku dominują akcenty słodkie, dopiero po chwili wchodzą cytrusy, a whiskey staje się dość wyraźnie kwaśna.
Nie jest jakoś nad wyraz skomplikowanie – czuć toffi, wanilię, czekoladę, kwaśne
cytryny.
W smaku Ballyhoo jest gorzko-alkoholowa, odrobinę szczypie w podniebienie.
No i ma typowe młodzieżowe „objawy” – wydaje się być nieco płaska i wodnista.
Na szczęście sporo tu także wanilii, do której dochodzą
gruszka i bardzo przyjemna nuta wiśni.
Generalnie świetna pozycja do zabawy w koktajle.
Początkowo lekko gorzkawy, alkoholowość niższa, niż na podniebieniu. Solidne nuty wiśni z pestką, słodyczy, toffi, karmelu, wanilii i mocno zaznaczonego pikantnego pieprzu.
Do tego ciemne winogrona, gruszka i słodki
owocowy letni syrop. Nadal odrobinę wodniście, ale całościowo finisz niegłupi, dość długi i przyjemny.
Kolejna „młodzież z potencjałem”? Chyba tak.
Jeszcze raz powtórzę – naprawdę dobra whiskey do zabawy w koktajle, wydaje się być do nich wręcz stworzona.
A tak poza tym standardowo – trochę wad, trochę
zalet. Alkohol dobrze ukryty w nosie, w finiszu jeszcze nie najgorzej, w smaku już bardziej wyczuwalny. Dość prosta, miejscami nieco płaska, ale na akceptowalnym poziomie.
To, co zapamiętam z tej whiskey to na pewno niezwykle ciekawa, przyjemna i nie dająca o sobie zapomnieć nuta świeżych, aromatycznych wiśni z pestką, która, co godne podkreślenia, towarzyszyła mi na każdym z etapów degustacji.
Podsumowując – warto się Connacht przyglądać.
Trwają pierwsze próby, mniej lub bardziej udane eksperymenty zapewne jeszcze nie raz wyjdą spod czujnego oka zarządzających tą gorzelnią.
Ale. Nie
od razu Kraków zbudowano. Szanse na „coraz lepiej” oceniam wysoko. I kibicuję Connacht, bo myślę, że warto.
Aromat: 19
Smak: 17
Finisz: 19
Balans: 18
Razem: 73/100 pkt.